O autorze
Zasady są proste.
Film jest jeden. Nas jest dwoje.
Zgadzamy się za bardzo albo bardzo się nie zgadzamy.
Ona lubi popcorn, zapijaczonych detektywów i wysokiej klasy eksplozje.
On za dużo czyta, ceni dyskretny urok burżuazji i robi rewolucję z kanapy.
Ona to uśmiechnięty głos w Radiu PiN, gdzie od trzech lat opowiada o premierach kinowych i przygotowuje felietony o popkulturze.
On od lat organizuje pokazy filmów z półki tak wysokiej, że aż zakurzonej, a na co dzień pracuje w galerii sztuki.

Cosmopolis

Na początku było słowo, na końcu – bełkot.

Michał Fopp: Trochę nam zajęło, żeby mówić o „Cosmopolis”. To mocny, ale trudny w odbiorze film.



Dorota Chrobak: I budzi skrajne emocje. Albo się widzom podoba, albo ich odrzuca. Do tego stopnia, że wychodzą z kina – w sporej liczbie, nawiasem mówiąc. I muszę przyznać, oba podejścia mają sens. Jeśli najnowsze dzieło Davida Cronenberga odczytamy wprost, wówczas nie pozostaje nic innego, jak przyznać, że mamy do czynienia z nieznośnym gniotem. Ale jeśli potraktujemy „Cosmopolis” jako metaforę – wówczas zaczyna się robić interesująco.

MF: Cronenberg stawia nas wobec prostej alternatywy: wszystko albo nic. Albo zaufamy doświadczonemu reżyserowi albo wymęczymy się w kinie z siłą trzystu mopsów parowych. A jak wiadomo, ufanie Cronenbergowi nie zawsze jest najbezpieczniejszym rozwiązaniem. To wątpliwa inwestycja i nie wiadomo, czy wyjdziemy z tego cało. Zawsze to trochę jazda bez trzymanki a i do samochodu bym z nim nie wsiadł.

DC: Ci co widzieli „Crash”, zapewne wiedzą, o czym mówimy...

MF: Otóż to. Możliwe są zatem dwa podejścia. Pierwsze, dosłowne: obejrzenie tego filmu całkiem na serio z założeniem realistycznej psychologii bohaterów i – nie daj boże! – oczekiwaniem wartkiej akcji, wiedzie na manowce. Drugie podejście polega na lekturze alegorycznej, metaforycznej, z jajem, czy jak sobie to widz chce urządzić. Wtedy „Cosmopolis” przestaje trzeszczeć w szwach a zyskuje pełną siłę oddziaływania.

DC: Zauważ, że najlepsze filmy Cronenberga są metaforyczne. Wszystkie są wielopłaszczyznowe: „Dreszcze”, „Nagi Lunch”, wspomniany „Crash”, czy – bodaj najlepszy – słynny remake „Muchy”. W przypadku „Cosmopolis” mamy ze trzy płaszczyzny możliwej interpretacji, tak na dobry początek. Warstwę literacką (w końcu to adaptacja książki DeLillo), warstwę czysto fabularną, która testuje naszą wytrzymałość i poczucie humoru oraz warstwę metaforyczną.

MF: Jeśli chodzi o warstwę literacką to chłopcy dobrze się dobrali – DeLillo też nie należy czytać dosłownie. Zawsze można próbować ale to stary paradoks – w teatrze głupcem jest ten, kto nie da się trochę zwieść i oszukać. Cronenberg bardzo dobrze ten tekst czuje. Robi mniej więcej to, co w „Nagim Lunchu” – strategie stylistyczne i formalne obecne w tekście tłumaczy na język ekranu i w efekcie otrzymuje coś bardzo własnego. Ironia obecna na poziomie językowym przechodzi zatem w sposób konstruowania ujęć i scen oraz takie a nie inne traktowanie dialogów. Porównywalna synergia reżysera i tekstu to chyba tylko „Pianistka” Haneke/Jelinek albo „Orlando” Sally Potter/Virginia Woolf.

DC: Właściwie od początku seansu miałam wrażenie, że Cronenberg ciągle puszcza do nas oko. Choćby wybór Roberta Pattinsona do roli głównej. Przecież to jest doskonały dowcip! Wampir w roli wampira! W pewnym momencie padają nawet takie słowa: „Wyglądasz, jakbyś nie żył od dwustu lat”. Jeśli w tym momencie przypomnimy sobie „kultową” rolę Pattinsona w „Zmierzchu”, naprawdę ciężko nie parsknąć śmiechem. Inna sprawa, że tylko aktor tak pusty jak Pattinson mógł podołać roli Erica Packera.

MF: Powinniśmy wyjaśnić, że Pattinson w „Cosmopolis” gra 28-letniego, diablo przystojnego i nienagannie ubranego półboga Wall Street, który zdążył osiągnąć już wszystko w astronomicznym tempie, a teraz – w równie astronomicznym tempie – na skutek niewłaściwego ruchu na giełdzie wszystko traci. Tylko kompletnie pusty okładkowy model mógł podołać tej roli. Takich komicznych spięć jest zresztą w tym filmie mnóstwo. Jak choćby wtedy kiedy Parker przechodzi w swojej limuzynie codzienne badanie prostaty w trakcie narady ze zgarnietą z joggingu szefową finansów, która nie umie ukryć potrójnego podniecenia – badaniem, erotycznym dialogiem z Pattinsonem i widmem finansowego fiaska. Prostata okazuje się asymetryczna, a katastrofa nie do uniknięcia. Bohatera dręczy jednak pytanie, co to oznacza, że jego prostata jest asymetryczna. A to z kolei prowadzi nas do kwestii języka.

DC: Gdy oglądałam „Cosmopolis” miałam dręczące poczucie, że dialogi w tym filmie z czymś mi się kojarzą. I nagle – bingo! „Wojna polsko-ruska” Doroty Masłowskiej. I w jednym, i w drugim przypadku ludzie nie mówią, tylko bełkoczą. U Masłowskiej jest to bełkot z tabloidów i taniej prasy kobiecej, w „Cosmopolis” powiedzmy, że z „ambitnych” programów publicystycznych i ekonomicznych, ale w dalszym ciągu jest to językowy szlam, który dawno przestał pełnić funkcje komunikacyjne. Ludzie szemrzą sobie pod nosem swoje własne, prywatne melodie, ale te melodie w żaden sposób nie komponują się z melodiami innych osób. Każdy żyje w swojej prywatnej bańce komunikacyjnej, która działa jak odgradzający od świata, hermetyczny klosz.

MF: Croneberg zostawił większość dialogów z powieści DeLillo nietkniętych. Efektem – i defektem – tego jest tabun ludzi przewijających się przez wnętrze limuzyny Parkera, którzy wypowiadają obce, odrealnione kwestie.

To mimo wszystko bardzo literacki język, a wsadzony w usta postaciom filmowym daje wrażenie, jakby nie miał w z nimi nic wspólnego. W tym bełkocie są też echa „Nocy na ziemi” i „Kawy i papierosów”. Tyle, że wszyscy bełkoczą. Brzmi to jak naćpany Ionesco klarujący coś pijanemu Pirandello.

DC: Ten kompletny, radykalny brak porozumienia między ludźmi i związane z tym kompletne odklejenie się od rzeczywistości, prowadzi do głęboko niepokojącej refleksji: życie toczy się gdzie indziej. Żyjemy w cywilizacji, w której każdy w mniejszym lub większym stopniu odczuwa, że to, co najciekawsze i najważniejsze dzieje się tam, gdzie nas nie ma. A współczesne media, zwłaszcza społecznościowe, tylko to wrażenie pogłębiają. Stare, dobre słówko „alienacja” pasuje tutaj jak ulał. Jednak to, co wydaje się być w wizji Cronenberga najbardziej przygnębiające, to fakt, że owa alienacja dotyczy nas wszystkich. Bez wyjątku. To jest doświadczenie, które przebiega przez wszystkie poziomy hierarchii społecznej i w równym stopniu dotyka półboga w limuzynie, co bezrobotnego, który całymi dniami tłucze w durne gry na komputerze. Może się mylę, ale „Cosmopolis” to bodaj najradykalniejszy portret współczesnej alienacji, jaki pojawił się w kinie współczesnym.

MF: Efektem jest nie tylko destrukcja relacji interpersonalnych, ale i języka. Parker musi ustalać wszystkie koordynanty sensu od nowa. Nazywać najprostrze czynności. Bez sukcesu. Zresztą bełkot narasta w tym fimie z czasem. Podobnie jak sztuczność niektórych sekwencji. Najwyraźniej widać to w scenie z protestującymi, których rozpoznajemy jako ruch Occupy Wall Street i Oburzonych, a którzy wyglądają jak grupki statystów niemrawo atakujące limuzynę. Jeszcze gorzej jest w finałowej sekwencji konfrontacji Erica z jego ukrytym wrogiem, stalkerem, w zrujnowanym biurze epoki analogów.

To były pracownik, rozbity, niedodeptany owad, pałający żądzą zemsty. Jednak panowie znajdują nawet nić porozumienia. Obaj lubią monologować, więc robią to naprzemiennie. Pamiętną kwestią jest: „Interesujące. Myślę, że dziury są interesujące”.

DC: Czy nić porozumienia? Polemizowałabym z tym. Zwróć uwagę, że nawet w chwili, gdy mają do czynienia z sytuacją z pogranicza życia i śmierci, nawet wówczas nie przestają bełkotać. Mówię Ci, wszyscy bełkoczą. Na początku było słowo, na końcu – bełkot.
  • ZOBACZ TAKŻE:
  • Film
Trwa ładowanie komentarzy...