O autorze
Zasady są proste.
Film jest jeden. Nas jest dwoje.
Zgadzamy się za bardzo albo bardzo się nie zgadzamy.
Ona lubi popcorn, zapijaczonych detektywów i wysokiej klasy eksplozje.
On za dużo czyta, ceni dyskretny urok burżuazji i robi rewolucję z kanapy.
Ona to uśmiechnięty głos w Radiu PiN, gdzie od trzech lat opowiada o premierach kinowych i przygotowuje felietony o popkulturze.
On od lat organizuje pokazy filmów z półki tak wysokiej, że aż zakurzonej, a na co dzień pracuje w galerii sztuki.

Czas wojny

Spielberg idzie na wojnę. Z widzami.

Dorota Chrobak: Na polski rynek DVD trafił właśnie „Czas wojny” Stevena Spielberga i jest to film, o którym trudno mi się w pełni kompetentnie wypowiadać, bo przerwałam oglądanie w połowie.



Michał Fopp: Oooo, dlaczego? Ja wytrwałem do końca.

DC: A bo widzisz, nabrałam podejrzenia, że Spielbergowi ktoś podmienił mózg. Że padł ofiara pożeraczy, czy też porywaczy, jak w starych, dobrych horrorzydłach z lat 50. Po prostu nie byłam w stanie uwierzyć, że facet, który kiedyś nakręcił „Szczęki”, który jak nikt potrafił sprawić, że widz siedział na brzeżku fotela i ze zdenerwowania ogryzał paznokcie do knykci, że ten sam człowiek wysmażył tak strasznie nieudolny film. To jest regres umiejętności tak głęboki, jakby zapomniał rzemiosła.

MF: Nie mogę się nie zgodzić. Podejrzewałem lobotomię. Film jest wymęczony, infantylny, nieprzytomnie sentymentalny a do tego anachroniczny. Po prostu już dawno przestaliśmy być na tyle naiwni, żeby znieść taką ilość wizualnej jowialności i skwapliwego zapewniania, że jeśli tylko będziesz ciężko i uczciwie pracować, i poświęcisz wszystko dla swego celu, to możesz osiągnąć niemożliwe.

DC: Zadziwiający jest fakt, że anachroniczność, o której mówisz, dotyka dosłownie każdego aspektu tego filmu. Począwszy od scenariusza, poprzez styl reżyserowania a skończywszy na dekoracjach i całej stronie wizualnej. Przez pierwsze dziesięć minut przecierałam oczy ze zdumienia, bo miałam wrażenie, że oglądam jakąś wersję „Lassie wróć!” sprzed pół wieku. Ze ścieżką dźwiękową, będącą muzycznym odpowiednikiem kalkomanii. W dodatku wersję telewizyjną a nie kinową, bo w gruncie rzeczy „Czas wojny” jest serialem. Nie mamy tu ciągłej akcji tylko sekwencję niezwiązanych ze sobą epizodów. W efekcie ten film jest jak stosunek przerywany – gdy w końcu wciągniemy się w jakąś historię, już mamy następną, a żadna nie przynosi satysfakcji.

MF: Myślę, że to wrażenie stosunku przerywanego jest konsekwencją postawienia konia w centrum filmu. Konia, z którego – mimo, że grało go aż 14 zwierząt! – nie udało się Spielbergowi uczynić prawdziwego bohatera. Zanim ktokolwiek zacznie mówić, że to niemożliwe przypomnę choćby „Black Stallion”...

DC: ...czy „Na los szczęścia, Baltazarze!”...

MF: ...czy „Purpurowe skrzypce”, gdzie kawał drewna spisał się lepiej jako główny bohater. Co prawda skupienie się na koniu miało podkreślić nieludzki aspekt wojny ale Spielbergowi udało się tylko zrobić film o losie konia w czasach, gdy po obu stronach frontu ginęły miliony. Jeśli to ironia, to w wyjątkowo złym smaku. W dodatku radykalne zepchnięcie ludzi na dalszy plan sprawia, że film traci moc i siłę oddziaływania na widza. Zamiast bohaterów i emocji mamy statystów plączących się niemrawo między rekonstrukcjami z paper mache. I innymi statystami. Jak atrakcje w podupadłym parku rozrywki. To poziom sztuczności, którego nie osiągnęłaby żadna maszyna. Być może z tego powodu Spielberg z czasem przenosi akcent na śledzenie losów chłopca. Manewr, który mógłby zadziałać, gdyby nie co najmniej niezdrowe przywiązanie Alberta do jego konia...

DC: Kiedy muzyka Johna Williamsa osiąga wyżyny patosu a zachody słońca szczyty nasycenia „farbkowatością”, każda wymiana spojrzeń chłopca i konia łamie nam serce. Bo w istocie ten film odgrzewa stary schemat hollywoodzkiego romansu. Chłopiec spotyka konia. Chłopiec traci konia. Chłopiec odzyskuje konia.

MF: Tym samym Spielberg zrobił najodważniejszy film w swoje karierze – gejowski romans wzbogacony o zoofilię i podany jako kino familijne. A ja niewinnie myślałem, że „Chłopiec i jego pies” to maksimum tego, co można powiedzieć o męsko-zwierzęcej przyjaźni... Końcowy efekt to wymęczona piramida syntetycznego lukru z szafą grającą w środku i zwieńczona, niczym weselny tort, figurką szczęśliwej pary – w tym przypadku transgresyjnej pary Alberta i Joego. Chłopca i jego konia. Yeah!

DC: Żarty żartami, ale mamy tu do czynienia nie tylko z kinem familijnym w najgorszym wydaniu, ale też trafiającym w całkowita próżnię odbiorczą. Przy standardzie wyznaczonym przez „Shreka” czy produkcje Pixara – „Wall-E’ego”, „Odlot” etc. „Czas wojny” wydaje się jedną wielką pomyłką. Ktoś tu po prostu stracił kontakt z rzeczywistością...

MF: Innymi słowy, nie kupujcie tego filmu. Kupując tak złe kino pozostawiacie cień podejrzenia, że komuś to się może spodobać. Lepiej wpłaćcie te pieniądze na konto dowolnej organizacji walczącej o prawa zwierząt.
  • ZOBACZ TAKŻE:
  • Film
Trwa ładowanie komentarzy...